Posts Tagged ‘minolta’

Canon EOS 350D – spojrzenie drugie, poprawione

Minęło równo 4 miesiące / kilkanaście setek zdjęć od kiedy zastanawiałem się, po czym kupiłem 350′kę… Obiecywałem podzielić się wrażeniami z używania i garścią porównawczych zdjęć. W końcu nadszedł ten moment :)

Aparat zaliczam do zdecydowanie udanych zakupów. Jak do tej pory ani razu mnie nie zawiódł, 5-dniowy wyjazd spędził na raz naładowanej baterii, która pozwoliła na 2,5GB zrobionych zdjęć (wliczając w to używanie lampy, AF i przeglądanie zdjęć). Mały rozmiar okazał się (o dziwo!) dużym plusem – mam znacznie mniej oporów żeby zabrać go ze sobą, a przy tanich plastikowych i lekkich obiektywach jakich używam nie było najmniejszych problemów z uchwytem…

W sytuacjach gdy problem mógł się pojawić – używałem gripa, który daje komfort dużego aparatu (jest dosyć ciężki dzięki czemu świetnie stabilizuje dłoń). Sam grip jako taki pozwala na noszenie jednocześnie dwóch standardowych baterii (do 350D pasują baterie z niektórych małpek Canona – np. S45), albo 6 baterii AA i biorąc pod uwagę jego cenę (ok. 300,- zł jeżeli dobrze poszukać), oraz perfekcyjną jakość wykonania (gumowany uchwyt – mmmm) – jest świetnym uzupełnieniem aparatu.

grip1.jpg

Wizjer, początkowo mały i ciemny (w porównaniu do mojej poprzedniej analogowej lustrzanki) szybko okazał się zupełnie wystarczający… I chociaż nadal, gdy celuję większym aparatem, różnica jest lekko mówiąc uderzająca, to nie przypominam sobie sytuacji, żebym robiąc zdjęcia 350D zwrócił uwagę na jasność czy rozmiar wizjera, a tym bardziej uznał, że z takim nie mogę zrobić jakiegoś ujęcia.

Ostatni z trapiących mnie przy wyborze problemów to ogólnie mówiąc – jakość… Kiepski plastik, na którym zostają ślady po paznokciach, plastikowy bagnet kitowego obiektywu, śliski plastikowy grip, plastik tu, plastik tam, gumowata smycz. I co? I nic… Po czterech miesiącach aparat wciąż wygląda jak nowy, nie starł się żaden nadruk, ślady po paznokciach można zetrzeć tym samym palcem, który je tam zostawił, na obudowie nie widać rys i zadrapań – również na wyświetlaczu. Nic nie trzeszczy, nie szeleści, wszystkie klapki i zaślepki nadal wskakują na swoje miejsce bez problemu, podobnie plastikowe bagnety obiektywów (bo niestety wszystkie EF’owe obiektywy jakie mam na stanie są plastikowe. Paradoksalnie – jedyny z metalowym bagnetem rozpadł się jako pierwszy :) ). Nie mam do jakości absolutnie żadnych zastrzeżeń, aparat jest z resztą “Made in Japan” i to widać…

Jak więc widać wszystkie wątpliwości z okresu zakupu okazały się w zasadzie bezpodstawne. Aparat towarzyszy mi w miarę możliwości gdzie może i spełnia swoje zadanie doskonale (zwłaszcza z szybką kartą pamięci ;) ). Wszystkie parametry techniczne, zgodnie z tym czego się spodziewałem, są dla mnie zupełnie wystarczające. Aparat działa bardzo szybko, ma przejrzysty i wygodny interfejs, trudno dopatrzyć się prawdziwych wad, oczywiście patrząc z perspektywy fotografa-hobbysty-amatora. Efekty jego pracy można zobaczyć na moim fotoblogu, na którym od maja wszystkie zdjęcia są robione na 350D. Na razie jeszcze się z nim zapoznaję, próbuję różne obiektywy, motywy, pomysły. Trochę walczę z kolorystyką, ale to kwestia słabych szkieł i silnego przywiązania do kontrastowych kolorów uzyskiwanych na slajdzie. Sporo siedzę więc w photoshopie (swoją drogą radzę uważać na Adobe Camera RAW – zmienia charakterystykę barw!). Aparat możliwości ma ogromne i potwierdzeniem tego może być np. fotoblog Daily dose of imagery, którego autor foci tym samym sprzętem… Ja z resztą jeszcze długo z pewnością się z nim nie rozstanę. Gorąco polecam!

Canon 350D vs Nikon D50 vs Minolta 5D

Do dzisiaj stałem przed powyższym wyborem. Może tak nie do końca, bo moje preferencje oscylują ściśle wokół Canona, którego używam (kliszowy Eos 50, małpowy S45) i bardzo sobie chwalę. Przyszedł jednak czas na przejście na cyfrę i typowy dylemat… Nie ukrywam, że Canon był u mnie faworytem, ale moją decyzję mocno podważały wyższa cena i przede wszystkim – mikry rozmiar body, z którego postanowiono uszczuplić przede wszystkim niemal najważniejszą część lustrzanki – wygodny uchwyt! Za jego wyborem, oprócz czysto technicznego porównania, przemawiało kilka obiektywów w tym systemie, no i przywiązanie do marki i co istotne – przyzwyczajenie do “interfejsologii”.

Mając to “spaczenie” na uwadze możecie przeczytać wnioski z długich penetracji internetu i krótkich “macań” w kilku sklepach :) Czytaj dalej »